Minęły już ponad dwa tygodnie od zamiany Pragi na Pragę. Chciałam napisać dużo wcześniej, ale jakoś tak się wszystko składało do tej pory, że zawsze coś mi nieoczekiwanie stawało na przeszkodzie.
To już ostatni ostatni post na blogu. Był debiutancki, praski, wakacyjny, czasem nadmiernie powikłany. Nie wiem, czy wierzyć statystykom (i kto to mówi? - tak na marginesie), ale wynika z nich, że nawet często zaglądaliście do nakreślanych przeze mnie, bardziej bądź mniej regularnie, wątków. Jeśli wierzyć, to jest mi bardzo miło, że ja i praguemaybe mieliśmy aż tylu gości. Jeśli nie wierzyć, to jest mi jeszcze bardziej miło, ponieważ jest szansa, że przynajmniej nie wpadnę w samozachwyt.
Cóż.
Na koniec wypadałoby jeszcze ładnie podziękować paru osobom za to, że zostałam przez nie namówiona do tego 3-miesięcznego pisania i publikowania. Dziękuję :) i za systematyczną mobilizację, a także za wytykanie błędów, bo każda informacja zwrotna była dla mnie ważna.
Z moich badań empirycznych wynika, że w Pradze zaczęła się już jesień. 2 kurtki, bluza, długi rękaw, skarpeta (jeśli ma się drugą, to raczej nie należy o niej zapominać), kaptur na głowę i w zasadzie można wychodzić z domu. Tak to wyglądało w zeszłym tygodniu. Jakoś zapomniałam o fakcie, że wakacje zwykle kończą się zmianą pory roku. Konsekwencją tego są zasoby mojej garderoby, które nie do końca przystają do aktualnych warunków pogodowych. W chwilach kryzysu rozważałam nawet zakup czapki i szalika. Ostatecznie zdecydowałam się nie robić z igieł wideł i poczekać. Ale na ulicach można spotkać ludzi ubranych zarówno w płaszcze i kozaki, szczelnie owiniętych szalami, jak i dziewczyny (które też są jednak ludźmi) w sukienkach na ramiączkach i z sandałkami na nogach. Cóż, de gustibus non disputandum est.
W Pradze było dla mnie za zimno, więc wybrałam się na 3 dni do Brna. To jedna sprawa. Druga: koncert Speech Debelle. Trzecia: Brneńskie Biennale. Czwarta: odwiedziny. Zapakowałam się w plecak i wsiadłam w sobotę popołudniu do busa. W drodze udało mi się nawet obejrzeć Tatínka Svěráka oraz siedzieć obok dorosłego, pulchnego Czecha z ADHD.
Po przyjeździe zatrzymałam się na dłuższą chwilę na Naměstí Svobody z powodu burčáka, czyli nietypowego napoju winnego o słodkim smaku oraz owocowym aromacie. Dokładniej: burčák jest częściowo sfermentowanym moszczem z winogron o smakowo zrównoważonej zawartości alkoholu, cukru i kwasów. Nazywany jest też z reguły młodym winem. Po prostu przepyszny.
W niedzielę był koncert w klubie Fléda. Speech Debelle promowała swój nowy album - Freedom of Speech. Zrobiła to na tyle przekonująco, że aż zakupiłam jej brand new cedečko i zakosiłam plakat, który wisi już od paru dni na ścianie w moim praskim pokoju.
Przed koncertem poszłam jeszcze do Morawskiej Galerii zobaczyć wystawę Biennalową. Super ciekawa. + znalazłam też polskie akcenty. Późnym wieczorem w poniedziałek byłam już na Florenc, a potem na ul. Vinohradskiej. Otworzyłam drzwi do mieszkania. Patrzę: pies. Mówię: Zonny a gdy już prawie miałam naszego pluszaka na rękach, z czeluści kuchennych odpowiedział mi dwugłos: Dorota! Kde jsí byla tak dlouho?
Ostatnio jestem też wystawiana na poważną próbę. Ponieważ mieszkam z dwójką Słowaków, to codziennie bardzo staram się za nimi nadążyć, kąsać bryłę i rozumieć przekaz. Odwiedzają ich także inni Słowacy. Każdy z nich mówi w zupełnie inny sposób i tak całkowicie niespodziewanie przyszło mi podjąć wyzwanie natury komunikacyjnej. Dzięki znajomym moich współlokatorów któregoś pięknego wieczoru dowiedziałam się także o polskim filmiku z jeżem, o którego istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Okazuje się, że jest on szeroko rozpoznawalny w Czechach, a niektórzy na jego podstawie uczą się języka polskiego, powtarzając fragmenty owego monologu z YouTube.
Słowackie Nie som autor Som metafora jakoś do mnie przemówiło na brneńskiej wystawie i stąd zdjęcie powyżej, niżej - Brno, Brno, Brno.
out of order
Ściana ekspresji w czasie prohibicji.
Wczoraj byłam ostatni dzień w instytucie. Do godziny 17 wypiłam 2 pożegnalne kawy i jedną herbatę cytrynową, wchłonęłam (pożegnalne) cukierki, odebrałam zaświadczenie o odbytych praktykach oraz zapakowałam do torby stos książek, które dostałam w ramach podziękowania za 3-miesięczną współpracę. Na koniec dyżuru miałam też niespodziewaną wizytę. Przyszła do instytutu dziewczyna, która kiedyś, tak jak ja, odbywała u nas staż. Chciała się spotkać z dawnym opiekunem praktyk, ale spóźniła się trochę, więc zaraz przy wejściu natknęła się tylko na mnie i tak została na 1,5-godzinną pogawędkę o ciężkim losie bohemisty w kraju i zagranico. Po pracy pojechałam na Hlavní Nádraží, stanęłam w gigantycznej kolejce i po chwili bilet powrotny do Warszawy siedział już w moim portfelu, czekając na poniedziałkowe wykorzystanie (tylko bez skojarzeń proszę).
Z wiadomości na temat życia codziennego, to od środy dzielimy z Panią E. pokój, zarazki chorobowe/bakcyle (trochę kaszlemy i posmarkujemy) oraz inne przyjemności, jak chociażby żywieniowe.
Na koniec jeszcze tylko napiszę taką ciekawostkę, że zyskałam nowy przydomek, a może nawet całkowicie nową wersję mojego imienia: Dobrota. Przekładając z języka czeskiego, dobrota oznacza dobroć albo smakołyk, słodycz. Chyba nie będę protestować.
Minęły już prawie trzy tygodnie, odkąd się wyprowadziłam z sąsiedztwa Państwa Borsuków. Przez ten czas zdążyłam bardzo polubić każde inne miejsce, gdzie przyszło mi przenocować, prześniadaniować, czy po prostu przebimbać trochę sierpniowo-wrześniowego czasu. Po tym wszystkim nawet nie za bardzo chciało mi się narzekać na 12ipółgodzinną podróż polskim busem ze stacją końcową: Wilanowska, kiedy zmierzałam docelowo na Bemowo.
W poniedziałek po powrocie do Pragi z krótkiej warszawskiej rekonwalescencji przekroczyłam wraz ze swoimi walizami i pożyczonym materacem (obwiązanym połyskliwą i kolorową tasiemką jak prezent) próg nowego mieszkania.
W kuchni mieliśmy wtedy widelec, dwa noże do smarowania, jeden do krojenia, dwie łyżeczki do herbaty oraz kilka kubków i talerzy.
Pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się wspólnie na zakupy spożywcze, by nakarmić (jakby to powiedziała Pani Prof. Dr hab. Anna Giza-Poleszczuk) świecącą pustkami lodówkę + by mieć, czym wznieść pierwszy toast w nowych ścianach.
Mój pokój jest jednym z trzech równie kwadratowych i wspaniale wysokich w "moim" nowym vinohradskim mieszkaniu. Poza tym mamy jeszcze ogromny przedpokój (również w kształcie kwadratu), słoneczną kuchnię z balkonem, schowek na duperele oraz tzw. miejsca ustronne - oczywistość.
Z mojej strony okna wychodzą na coś, co nazwałabym dziedzińcem. Jednak sądzę, że czeskie słowo vnitroblok duże lepiej oddaje to, co tak naprawdę można zobaczyć z mojego pokoju po otwarciu okien. Czerwony obskrobany parapet, drzewa, ogród i inne kamienice.
"z rozmyślań przy śniadaniu" wyszło mi zdjęcie
widok z kuchni
Dzieci. Uwaga. "Wybiegły ze szkoły, zapaliły papierosy."
szyba w drzwiach kuchennych. "rysa na szkle"
"stoję na balkonie. mam zardzewiałe dłonie"
W piątek dotarła do mnie przesyłka mebli z Polski - nie moich własnych, ale koleżanki, która będzie mieszkała tutaj przez kolejny rok akademicki - i pusty pokój się wypełnił. W ostatni wtorek złożyłyśmy z E. regał, stół i wieszak na ubrania. Chyba już nie ma mowy o prowizorce, ale wciąż czuć przyjemnym zapachem wolnej przestrzeni.
Od niedawna mamy też nowego współlokatora, który nie zajmuje dużo miejsca, jest dość futrzany i bardzo przyjacielski, pomijając fakt, że czasem nie trafia do muszli klozetowej, to muszę powiedzieć, że bardzo go polubiłam. Chodzi za człowiekiem jak cień, pcha się ze swoim pluszem w każdy zakamarek mieszkania i wiecznie szuka zapomnianych resztek jedzenia na podłodze.
Z innych ciekawostek, to np. wczoraj udało mi się całkiem legalnie przedostać do wnętrza Ambasady Polskiej w Pradze. Byłam na koncercie muzyki poważnej w ramach Other Outlooks Music Festival. Odbywał się on w sali, której sklepienie mnie po prostu urzekło. Malowidła były niewypowiedzianie brzydkie, wykonane jakby niewprawną ręką, ale odnalazłam w całości jeden niezwykle innowacyjny element - niektóre fragmenty były płaskorzeźbami. Po pewnym zastanowieniu rozgryzłam, jak została dokonana selekcja partii, prezentujących się wielowymiarowo. Artysta był najprawdopodobniej erotomanem, dodatkowo cierpiącym na fetysz stóp bądź całych nóg, ponieważ wybrane wypukłe części były z reguły albo piersiami, albo kończynami dolnymi. Podczas, gdy muzycy wykonywali utwory nowozelandzkich kompozytorów z sufitu zwisały dwie nóżki dwóch różnych cherubinów.
W poprzednią sobotę z kolei pracowałam przy festiwalu "Sen nocy letniej". Na specjalnie przygotowanej, nadrzecznej scenie śpiewała m.in. Kayah. Przyszło mi przebywać w strefie VIP, gdzie z całej tej vipowskiej gromady zrekognajzowałam w zasadzie tylko Kayah i Mariusza Szczygła.
"The girl and the robot"
A teraz naprawdę news. W Pradze nastała od dosłownie paru godzin prohibicja. Nie jest dozwolone handlowanie napojami z zawartością alkoholu powyżej 20%. Dotyczy to także drinków w klubach, czy pubach. Zakaz kupowania i sprzedawania alkoholi wysokoprocentowych jest wynikiem fali zatruć metanolem, jaka nastąpiła w ostatnim tygodniu w różnych częściach kraju. Do tej pory wiadomo o 19 ofiarach śmiertelnych. W mediach aż huczy. Zostałam przestrzeżona kilkukrotnie i dlatego, choć wiadomo, że bardzo lubię pić wódkę, ograniczam się tylko do piwa i wina. Czasem pozwolę sobie na zieloną herbatę z robota, ale nie wiem, czy mi nie dolewa czegoś mocniejszego, kiedy na niego nie patrzę. Jeśli jutro stracę wzrok, to już będę wiedziała na pewno, że drań chciał mnie upić, albo otruć.
Wygląda na to, że sierpień upłynie mi pod znakiem zaburzeń. Został jeszcze tylko niespełna tydzień, ale nie mam złudzeń, co do tego, by miał on przebiec inaczej niż pozostałe trzy. Za pierwszy z brzegu przykład generalnych skłonności sierpnia do, wspomnianych już wyżej, zaburzeń może posłużyć m.in. szczególna wizyta - przez 4 noce miałam w pokoju Robala i Meduzę, a w dzień przyjmowałam do organizmu (niemniej gościnnie) praktycznie tylko typowe czeskie jadzenie. Nazwałabym to "wielkim poświęceniem" dla dobra całej wizytacji, jak i dla osobistego procesu poznania kultury kulinarnej kraju tymczasowego zamieszkania. Poniżej ilustracja do działu: gastronomia w Czechach - ziemniaczane knedliki nadziewane wędzonym mięsem z kapustą; typowe menu wegetariańskie, czyli smażony hermelin / smażone różyczki kalafiora z sosem tatarskimi i przywiędłą sałatą + tradycyjne czeskie napoje: kofola, piwo.
Kolejną aberracją okazały się być wysokie temperatury. 19 sierpnia pojechałam na jeden dzień do Drezna z Piterem i już koło 11.00 przed południem sądziliśmy, że jak tak dalej pójdzie, to mózgi nam się wyleją przez uszy, a następnie błyskawicznie i niepostrzeżenie wyparują, tak że nawet nie będzie wiadomo, gdzie ich następnie szukać dla ponownego wypełnienia opustoszałej przestrzeni czaszki. [Ale] w pewnym momencie zauważyliśmy Mądrego Psa. Napotkany sprytny sierściuch-czworonóg przemierzał miasto w specyficzny sposób. Stał się cieniem cienia. Nie było w zasadzie konieczności dłużej nad tym rozmyślać - zrobiliśmy to samo i staraliśmy się zwiedzać miasto na Psa. To cień zaczął wyznaczać nam trasę.
Niesamowity Kreuzkirche.
W tle: Kathedrale Ss. Trinitatis.
"Orszak książęcy". Za wiki: malowidło stanowi największy na świecie ceramiczny obraz ścienny. Ma 101,90 m długości i 10,51 m wysokości. Kafelki (z miśnieńskiej porcelany) o rozmiarach 20,5 x 20,5 cm zajmują łącznie powierzchnię ponad 1000 m². Dzieło przetrwało nalot bombowy w 1945 roku, w wyniku którego pobliskie budynki zostały prawie całkowicie zniszczone.
Drezdeński przejaw równouprawnienia. Foto by Piter.
Patrząc na Drezno nie mogłam się powstrzymać od znajdowania cech korespondujących z sytuacją Warszawy - tak dawną, jak i obecną. Nie chodzi tylko o skalę zniszczeń dokonanych podczas drugiej wojny światowej, albo o przedsięwzięte polityki odbudowy. Oba miasta są podzielone rzeką na dwie kontrastujące części. Zdjęcia powyżej prezentują "lepsze" Drezno, bardziej reprezentacyjne, miejscami jak pożywka "instant" dla turystów (nagromadzenie budynków muzealnych, religijnych, galerii sztuki jest niebywałe). Niżej fotograficzna ilustracja do części drugiej - bardziej alternatywnej, brudniejszej, barwniejszej.
Moim zdaniem ta mina wyraża tyle co: z czym do ludzi? ty krokodylu.
Robalowatość.
Mogłabym w zasadzie jeszcze sporo napisać o Dreźnie, ale mam w zanadrzu jeden ważny wątek, który czeka na wyłonienie zza kulis.
Czyli dalej o zaburzeniach.
Do ważniejszych przejawów odchylenia od normy w tym miesiącu dodałabym jeszcze moich współlokatorów z pokoju obok. Słowak (Borsuk) okazał się być niestabilny emocjonalnie, a nawet agresywny w swoich zachowaniach na tyle, że postanowiłam przeprowadzić wielką akcję dywersyjną i salwować się ucieczką (jakby to powiedział klasyk). Na początku starałam się być w miarę samowystarczalna, ale na koniec w całą sprawę zostało włączonych bardzo wiele osób. Szukałam pokoju do wynajęcia, ale było to bardzo trudne (podobnie zresztą jak i przed przyjazdem do Pragi w lipcu) ze względu na deklarowany przeze mnie krótki okres wynajęcia. Nikt nie chce zapraszać kogoś do mieszkania na miesiąc, ponieważ później cała procedura "interview" musi być powtórzona, a to zajmuje dużo czasu i energii. [normalna sprawa] W tzw. między czasie chodziłam też oglądać pokoje dla mojej psiapsióły ze studiów, która przyjeżdża do Pragi w październiku na cały rok akademicki. Obie trzęsłyśmy portkami. W instytucie pytałam, czy ktoś o czymś nie słyszał. Wysyłałam wiadomości po znajomych znajomych. W pewnym momencie już prawie miałam obiecaną kawalerkę, ale w ostatniej chwili okazało się, że została ona zdemolowana przez poprzedniego lokatora. Potem nadszedł punkt kulminacyjny, kiedy wszystko stanęło w miejscu i nie widziałam już horyzontu, tylko sytuację "tu i teraz" i wydawało mi się, że tak już zostanie. Na szczęście wspomniana psiapsióła znalazła super ogłoszenie i teraz obie jesteśmy uratowane. Wygląda na to, że będę miała gdzie mieszkać od września. Co prawda są to puste ściany i okna, ale wolę to, niż poprzednie sąsiadowanie z Borsukową (nie ubliżając borsukom) norą. W ostatni piątek przeprowadziłam tajną akcję "Ucieczka". Zabrałam wszystkie swoje rzeczy z dotychczasowego mieszkania, wysłałam mail właścicielce o nagłej konieczności wyprowadzki i ruszyłam dalej. Jedną noc przenocowałam u znajomej, a następnego dnia rano wsiadłam do polskiego busa, by na tydzień przypomnieć sobie jak to jest żyć w Warszawie i bez Borsuka oraz Borsukovej za ścianą.
Ostatnie dwa tygodnie były naprawdę ciężkie i intensywne, ale teraz mam nadzieję, że nastąpi przełom i wszelkie negatywne zaburzenia z sierpnia znikną, przepadną, mrok je pochłonie.
P.S. Zapomniałabym wspomnieć o tym, że zmiana w rytmie mojego postowania jest przeze mnie klasyfikowana jako kolejne sierpniowe zaburzenie, dodatkowo uwikłane reakcyjnie z pozostałymi zaburzeniami.
Około półtora tygodnia temu sprawdziłam, "ot tak" z nieśmiałej tęsknoty za OFFem, w czeskiej wyszukiwarce połączeń komunikacyjnych www.idos.cz możliwości przejazdu z Pragi do miejsca docelowego: Katovice. Myślałam w następujący sposób: Czesi nie mają w zasadzie "w", pewnie przetłumaczyli nazwę miasta "Katowice" według swoich własnych reguł oraz potrzeb językowych. Wynik wyszukiwania mnie zachwycił i zaskoczył jednocześnie: bezpośredni bus, niesamowicie niski koszt biletu. Zaiskrzyło mi w oczach i między połączeniami nerwowymi. Tak, jednak nie mogła być to w żaden sposób prawda - jasna sprawa, ale ja byłam tak bardzo oszołomiona pierwszą falą radości, że nie zważając na wszechobecny postulat racjonalności zaczęłam przeglądać line-up OFF festivalu, poruszyłam towarzystwo, zaczęłam organizować nocleg (na krzywy ryjek). Następnego dnia rozsądek zapukał do mojego mózgu. Sprawdził w google maps Katovice. Tutaj zostawię miejsce na swoje niewysłowione rozczarowanie (polecam osobiste skontrolowanie lokalizacji), które pominę zwyczajnie milczeniem.
Miasteczko TwinPigs w Żorach. Ameryka
Katovice, gdziekolwiek by one nie były, mimo wszystko pobudziły mnie do działania i kombinowania. Całe środowe popołudnie spędziłam na szukaniu odpowiedzi na pytanie kluczowe: jak najszybciej i najtaniej dojechać do Katowic dnia 3 sierpnia bieżącego roku? Ostatecznie wypadło nie tak gładko, ale przynajmniej ciekawie.
Zaczęłam podróż wsiadając do pociągu, startującego o 8:15 z Praskiego dworca głównego. Następnie w przeciągu dwóch minut przesiadłam się w Ostravě do pociągu osobowego i po ok. 40 minutach wysiadłam w Czeskim Cieszynie, przekroczyłam granicę państw pieszo przez most, rzuciłam okiem na ulubione miejsca, przepłukałam usta kawą i pomaszerowałam dalej na stację autobusową. Tam czekał na mnie jeden z Bus Brothers do Katowic. Poprosiłam pana kierowcę, by wyrzucił mnie w Żorach, w samym Miasteczku TwinPigs i tam siedziałam chwilę na krawężniku, czekając na zmotoryzowanego kolegę, z którym ruszyłam już prosto do Katowic - zielonego serca Śląska (bez ironii). Około godziny 19 byliśmy w Dolinie Trzech Stawów, odbieraliśmy opaski, katalogi, a za chwilę usłyszałam mój pierwszy OFFowy koncert w tym roku - Chromatics.
W sobotę popołudniu omal nie wylądowałam na backstageu festiwalu (ale ostatecznie niestety nie było mi dane - moją antyvipowskość zdradził kolor opaski na nadgarstku) oraz byłam na wycieczce na Nikiszowcu (niem. Nikischschacht, śl. Ńikisz). Total Industrial. Miasto w mieście. Zamieszczę kilka zdjęć później. Teraz nie mam do nich dostępu, ponieważ wykonywałam je nieswoim aparatem (mój został nieopatrznie w domu).
W Katowicach spotkały się też Warszawianki - jedna z Pragi, a druga nawet z dwóch Prag i to był (kolejny) początek pięknej przyjaźni.
O poranku.
Byliśmy na Mariackiej w klubie nad ranem, łaziliśmy od sceny do sceny, od piwa do racucha i jechaliśmy nawet w trójkę stopem, rozważając obranie kierunku: z Katowic nad morze.
Ostatecznie w poniedziałek przedpołudniem ruszyłam w drogę powrotną, zahaczając o Złoty Róg. Z Pl. Andrzeja wzięłam Busa Brothersa do Cieszyna. Było tyle pasażerów, że parę osób stało a ja miałam tyle szczęścia, że przycupnęłam na tylnym siedzeniu połową półdupka, czyli 1/4 pupy w ogólności. W Cieszynie wchłonęłam pierwsze w sezonie pierogi jagodowe i znowu pieszo przekroczyłam granicę, spoglądając z mostu na Olzę.
Pociągiem z Czeskiego Cieszyna dojechałam ponownie do Ostravy i tam zrobiłam sobie 4-godzinny przystanek, a raczej: zostawiłam plecak w przechowalni bagaży i zaopatrzona w mapę wyruszyłam w miasto.
Mój przewodnik po mieście
Było potwornie gorąco. Woda mineralna z butelki po niecałej godzinie wędrowania ulicami Ostravy smakowała, jakbym ją regularnie podgrzewała w czajniku elektrycznym i serwowała lekko ostudzoną. Żar lał się z nieba. Wykąpałam stopy w fontannie tryskającej wodą z chodnika na rynku, ale po paru sekundach czułam się tak, jakbym wcale tego nie robiła.
Dzięki mapie odwiedziłam kilka ciekawych miejsc, zobaczyłam najmniejsze kino studyjne w Ostravě, niebieską rzeźbę uskrzydlonego latarnika-hermafrodyty, górującego nad przechodniami wystając z bocznej części budynku mieszkalnego, przeszukałam największą księgarnię w Czechach oraz odkryłam, że da się mieszać kawę z bananem i mango uzyskując fantastyczny efekt smakowy, który będę jeszcze bardzo długo pamiętać.
[Po obejrzeniu poniższych zdjęć znajdziecie jeszcze jeden dłuższy i być może niekoniecznie miły polskiemu czytelnikowi akapit. Uprzedzam.]
Wieża Nowego Ratusza
Zabudowa przykościelna
Super, mega mleczny bar
Chyba już umarły sklep muzyczny
Kawiarniany ogródek
Przykładowa fasada ostravskiej kamienicy
Na koniec na dworcu w Ostravě pomyliłam perony (poszłam najpierw na peron nr 1 zamiast 1F) i mało by brakowało a musiałabym nocować kolejną noc poza moim vinohradskym domem. Zapytałam się nawet jednego Pana, czy 1 to będzie właściwy peron, bo nie mogłam znaleźć 1F. On po krótkim namyśle stwierdził, że na pewno. Kto wie, może jak usłyszał, że jadę do Pragi, to wyczuł okazję i postanowił mi spłatać figla. W Czechach także funkcjonuje zasada odwiecznej antypatii w stosunku do ludzi ze stolicy kraju. Uratował mnie komunikat z megafonów i w 5 minut przebiegłam na właściwe miejsce. Podróż z Ostravy do Pragi trwała jednak nadspodziewanie długo (opóźnienie spowodowane nagłymi i silnymi opadami deszczu zostało oszacowane na ok. 50 minut) i potwornie mnie wykończyła, mimo idealnych warunków, jakie zapewnia prywatny przewoźnik: Student Agency, którego nie sposób nie zazdrościć Czechom. Szybko, tanio, wygodnie. Do tej pory wydawało mi się, że to raczej stan niemożliwy do osiągnięcia, zwłaszcza biorąc pod uwagę standardy naszego PKP. Dodatkowo w cenie biletu jest gazeta do poczytania (kilka tytułów do wyboru), kawa, herbata, woda mineralna. Mają przejazdy do prawie wszystkich większych miast krajów europejskich, ale niestety Polska jest na ich mapie wciąż czarno-szarą plamą... Nie wiem dlaczego. Żeby dokończyć tę ewidentną reklamę nadmienię, że na koniec podróży przeproszono nas za opóźnienie i wszelkie niedogodności z tym związane i zaproponowano zwrot połowy kosztów przejazdu.
Przepraszam, jeśli kogoś zdenerwowałam ostatnim wątkiem, ale naprawdę musiałam o tym napisać. Trzeba wiedzieć takie rzeczy. Konsument musi wiedzieć.
Tyle. Jutro mam pierwszą prawdziwą wizytację w Pradze. Oczekuję dostawy polskiego chleba.
Premiery, wernisaże, koncerty, festiwale - wiadomo, że człowiek musi się czymś pochwalić, ale tym razem pomyślałam, że najwyższy czas napisać coś o Życiu, a przede wszystkim wypadałoby byście spróbowali spojrzeć moimi oczami na okolicę, w której mieszkam już od miesiąca.
Specjalnie na potrzeby posta sprawdziłam dokładną lokalizację mojego pokoju w stosunku do miejskich podziałów dzielnicowych w Pradze i sama się zdziwiłam, ponieważ do tej pory wszystkim mówiłam, że mieszkam na Žižkově, a tak naprawdę administracyjnie nasz budynek przynależy jeszcze do części Pragi 3, która nazywa się Vinohrady. Jedynym sensownym wyjaśnieniem, które jest w stanie ocalić mnie od wielkiej kompromitacji jest być może to, że wg artykułu Mariusza Szczygła Žižkov jest Pragą Pragi, czyli po prostu Prażankę z urodzenia ciągnęło do tego, co najbardziej praskie. Dobra, wiem: trochę to naciągane, ale czuję, że powinnam się jakoś sama przed sobą zrehabilitować przynajmniej w nikłym stopniu. Muszę powiedzieć, że po przeczytaniu tekstu Szczygła na temat tej części Pragi aż pożałowałam swojego niedawnego odkrycia.. Chociaż, z drugiej strony to w sumie dobrze, że nie tkwię dłużej w mylnym przeświadczeniu, a poza tym dzięki Panu Mariuszowi przynajmniej wiem już dokładnie, gdzie mam się wybrać w najbliższym czasie na kolejne wałęsanie. Tutaj podaję link do całego artykułu, ponieważ jest naprawdę bogaty w smakowite ciekawostki, których nie chciałabym tak po prostu kraść a jednocześnie chętnie przekazałabym je dalej:
Włączam lampkę nocną i rozjaśniam mrok raz na zawsze: mieszkam na Vinohradech, ale w bardzo bardzo bliskim sąsiedztwie z Žižkovem i największymi kompleksami cmentarnymi w Pradze. Na cmentarzach jeszcze nie byłam, może się przejdę jak będę miała problemy egzystencjalne, albo będę chciała poszukać natchnienia przy grobie Kafki oraz jego rodziców. Zacznę może zatem od zaprezentowania tego, co najbardziej rzuca się w oczy, czyli od specyficznej wieży telewizyjnej na Žižkově, którą naprawdę widać zewsząd, a dla jej wzniesienia (1985-1992) specjalnie zburzono dużą część cmentarza żydowskiego z XVII w.
Na ulotce informującej o atrakcjach turystycznych w Pradze (i-Prague) znalazłam reklamę wieży i brzmiała ona następująco: 2ND UGLIEST BUILDING IN THE WORLD. YOU WILL LOVE IT! także widać tutaj prosty mechanizm promocyjny, gdzie nawet antyreklama może być reklamą. Lokalsi nazywają ponoć ten budynek wiertarką. Najbardziej rozpoznawalnym elementem wieży telewizyjnej nie jest jednak jej kształt (kojarzony z ową wiertarką), ale doczepiona do jej powierzchni dekoracja: "Miminka" (Babies), czyli 11 czarnych podobizn niemowlaków z wypiętymi w stronę ludzi, spacerujących po chodnikach, pośladkami i pozbawionych naturalnych rysów twarzy na rzecz wyrytych kodów kreskowych. Autorem instalacji jest nie kto inny a David Černý (koleś od wspomnianej w poprzednim poście Meet Factory, "Entropy", "Sikających", zwisającego z sufitu do góry nogami "Konia" w Pałacu Lucerna, zaprojektowanym przez dziadka Havla, oraz mojego ulubionego "Przystanku" w Libercu).
Jeden z widoków na miasto prosto z 2nd Ugliest Building in The Wrold.
Tego samego dnia, kiedy zajrzałam obiektywem w tylne części ciał Miminek, a następnie wjechałam na taras widokowy wieży telewizyjnej, natknęłam się jeszcze w obrębie Žižkova na może mniej spektakularne, ale zdecydowanie pomysłowe elementy zagospodarowania przestrzeni, pobudzające do myślenia.
Niebezpieczne sufitowe instalacje w pubie U Sadu, znalezionego dzięki mapie USE-IT, mogą natchnąć do przemyśleń z cyklu: memento mori albo: a może to dziś spadnie Ci na głowę coś ciężkiego i zakończy ten Weltschmerz.
Mały Zanieczyszczacz / Truciciel? The Little Polluter? Tutaj proponuję przemyślenia typu: a może powinnam/powinienem zacząć uczyć się francuskiego albo po prostu nie śmiecić, zasadniczo nie używać energii elektrycznej i rzadziej się myć, by zaoszczędzić pokłady wody na Ziemi. Do wyboru po prostu.
Tyle o Žižkově dokładniejsze przeczesanie terenu zostawiam sobie na kolejny raz. Teraz czas na Vinohrady, które wydają mi się, tak na pierwszy rzut oka, przede wszystkim bogate w piękne, różnobarwne kamienice, skwerki, kafejki, większe bądź mniejsze restauracje oraz domki jednorodzinne, wille (m.in. rodzinny dom Jana Masaryka, willa braci Čapków) z fantazyjnymi fasadami i ogrodzeniami, stojące w pełnym kontraście z sąsiadującymi nowoczesnymi, przeszklonymi blokami mieszkalnymi. Dodałabym do tego jeszcze moc wietnamskich sklepów wielobranżowych, Żabki (sieć sklepów spożywczych - tak jak w Brnie były Brněnky, tak w Pradze są Žabky), Alberty oraz Bille. Ilustracje vel ryciny:
Znak a rzeczywistość. W tle widać okna sklepowe jednej z WIELU Żabek.
+ kilka przypadkowych akcentów okolicznych znalezisk.
Vinohrady w latach 1879–1922 były samodzielnym miastem i to nie takim małym, ponieważ zajmowały w tym czasie 4 pozycję, co do wielkości na terenie dzisiejszych Czech. Przez jakiś czas do części Vinohrad (już sama nie wiem jak odmieniać tę nazwę...) należał też Žižkov, także pocieszam się trochę tą myślą, że może coś zostało z tego klimatu i w mojej okolicy. Vinohrady są aktualnie tak rozległe, że administracyjnie przynależą aż do 5 Prag (1, 2, 3, 4, 10). Najbardziej prestiżowe są te najbliżej 1, czyli Starego Miasta. W dwójce znajduje się m.in. teatr, w którym gra Pani Dagmar - żona Havla, czy Naměstí Míru z wielkim Kościołem Św. Ludmiły. Wielka połać i Wielkie zróżnicowanie przestrzeni miejskiej.
Dobra! prawda jest taka, że już więcej dzisiaj nie napiszę o okolicy, o Życiu, ponieważ dopiero co podjęłam decyzję, że jadę w piątek o 7 rano do Katowic na OFF'a, także myśli mi uciekły w zupełnie inną stronę, choć ciałem wciąż tkwię na Vinohradech.
Ostatnie zdjęcie jest dość wymowne, ale nie bierzcie sobie tego prostego przekazu do siebie, bo to tylko dokumentacja tego, co widziałam. See what i see and we will see!
Tak się nazywa jedna z knajp na Vinohradech i takie też ma logo O.