piątek, 28 września 2012

Freedom of Dobrota

    Z moich badań empirycznych wynika, że w Pradze zaczęła się już jesień. 2 kurtki, bluza, długi rękaw, skarpeta (jeśli ma się drugą, to raczej nie należy o niej zapominać), kaptur na głowę i w zasadzie można wychodzić z domu. Tak to wyglądało w zeszłym tygodniu. Jakoś zapomniałam o fakcie, że wakacje zwykle kończą się zmianą pory roku. Konsekwencją tego są zasoby mojej garderoby, które nie do końca przystają do aktualnych warunków pogodowych. W chwilach kryzysu rozważałam nawet zakup czapki i szalika. Ostatecznie zdecydowałam się nie robić z igieł wideł i poczekać. Ale na ulicach można spotkać ludzi ubranych zarówno w płaszcze i kozaki, szczelnie owiniętych szalami, jak i dziewczyny (które też są jednak ludźmi) w sukienkach na ramiączkach i z sandałkami na nogach. Cóż, de gustibus non disputandum est.

    W Pradze było dla mnie za zimno, więc wybrałam się na 3 dni do Brna. To jedna sprawa. Druga: koncert Speech Debelle. Trzecia: Brneńskie Biennale. Czwarta: odwiedziny. Zapakowałam się w plecak i wsiadłam w sobotę popołudniu do busa. W drodze udało mi się nawet obejrzeć Tatínka Svěráka oraz siedzieć obok dorosłego, pulchnego Czecha z ADHD.
Po przyjeździe zatrzymałam się na dłuższą chwilę na Naměstí Svobody z powodu burčáka, czyli nietypowego napoju winnego o słodkim smaku oraz owocowym aromacie. Dokładniej: burčák jest częściowo sfermentowanym moszczem z winogron o smakowo zrównoważonej zawartości alkoholu, cukru i kwasów. Nazywany jest też z reguły młodym winem. Po prostu przepyszny.
    W niedzielę był koncert w klubie Fléda. Speech Debelle promowała swój nowy album - Freedom of Speech. Zrobiła to na tyle przekonująco, że aż zakupiłam jej brand new cedečko i zakosiłam plakat, który wisi już od paru dni na ścianie w moim praskim pokoju.



    Przed koncertem poszłam jeszcze do Morawskiej Galerii zobaczyć wystawę Biennalową. Super ciekawa. + znalazłam też polskie akcenty. Późnym wieczorem w poniedziałek byłam już na Florenc, a potem na ul. Vinohradskiej. Otworzyłam drzwi do mieszkania. Patrzę: pies. Mówię: Zonny a gdy już prawie miałam naszego pluszaka na rękach, z czeluści kuchennych odpowiedział mi dwugłos: Dorota! Kde jsí byla tak dlouho?


    Ostatnio jestem też wystawiana na poważną próbę. Ponieważ mieszkam z dwójką Słowaków, to codziennie bardzo staram się za nimi nadążyć, kąsać bryłę i rozumieć przekaz. Odwiedzają ich także inni Słowacy. Każdy z nich mówi w zupełnie inny sposób i tak całkowicie niespodziewanie przyszło mi podjąć wyzwanie natury komunikacyjnej. Dzięki znajomym moich współlokatorów któregoś pięknego wieczoru dowiedziałam się także o polskim filmiku z jeżem, o którego istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Okazuje się, że jest on szeroko rozpoznawalny w Czechach, a niektórzy na jego podstawie uczą się języka polskiego, powtarzając fragmenty owego monologu z YouTube.
    Słowackie Nie som autor Som metafora jakoś do mnie przemówiło na brneńskiej wystawie i stąd zdjęcie powyżej, niżej - Brno, Brno, Brno.


out of order
Ściana ekspresji w czasie prohibicji.

     Wczoraj byłam ostatni dzień w instytucie. Do godziny 17 wypiłam 2 pożegnalne kawy i jedną herbatę cytrynową, wchłonęłam (pożegnalne) cukierki, odebrałam zaświadczenie o odbytych praktykach oraz zapakowałam do torby stos książek, które dostałam w ramach podziękowania za 3-miesięczną współpracę. Na koniec dyżuru miałam też niespodziewaną wizytę. Przyszła do instytutu dziewczyna, która kiedyś, tak jak ja, odbywała u nas staż. Chciała się spotkać z dawnym opiekunem praktyk, ale spóźniła się trochę, więc zaraz przy wejściu natknęła się tylko na mnie i tak została na 1,5-godzinną pogawędkę o ciężkim losie bohemisty w kraju i zagranico. Po pracy pojechałam na Hlavní Nádraží, stanęłam w gigantycznej kolejce i po chwili bilet powrotny do Warszawy siedział już w moim portfelu, czekając na poniedziałkowe wykorzystanie (tylko bez skojarzeń proszę).

    Z wiadomości na temat życia codziennego, to od środy dzielimy z Panią E. pokój, zarazki chorobowe/bakcyle (trochę kaszlemy i posmarkujemy) oraz inne przyjemności, jak chociażby żywieniowe.

    Na koniec jeszcze tylko napiszę taką ciekawostkę, że zyskałam nowy przydomek, a może nawet całkowicie nową wersję mojego imienia: Dobrota. Przekładając z języka czeskiego, dobrota oznacza dobroć albo smakołyk, słodycz. Chyba nie będę protestować. 

piątek, 14 września 2012

Pluszak i Prohibicja

"tylko ja i moja przestrzeń"
    Minęły już prawie trzy tygodnie, odkąd się wyprowadziłam z sąsiedztwa Państwa Borsuków. Przez ten czas zdążyłam bardzo polubić każde inne miejsce, gdzie przyszło mi przenocować, prześniadaniować, czy po prostu przebimbać trochę sierpniowo-wrześniowego czasu. Po tym wszystkim nawet nie za bardzo chciało mi się narzekać na  12ipółgodzinną podróż polskim busem ze stacją końcową: Wilanowska, kiedy zmierzałam docelowo na Bemowo.

W poniedziałek po powrocie do Pragi z krótkiej warszawskiej rekonwalescencji przekroczyłam wraz ze swoimi walizami i pożyczonym materacem (obwiązanym połyskliwą i kolorową tasiemką jak prezent) próg nowego mieszkania. 
W kuchni mieliśmy wtedy widelec, dwa noże do smarowania, jeden do krojenia, dwie łyżeczki do herbaty oraz kilka kubków i talerzy.


    Pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się wspólnie na  zakupy spożywcze, by nakarmić (jakby to powiedziała Pani Prof. Dr hab. Anna Giza-Poleszczuk) świecącą pustkami lodówkę + by mieć, czym wznieść pierwszy toast w nowych ścianach.

   Mój pokój jest jednym z trzech równie kwadratowych i wspaniale wysokich w "moim" nowym vinohradskim mieszkaniu. Poza tym mamy jeszcze ogromny przedpokój (również w kształcie kwadratu), słoneczną kuchnię z balkonem, schowek na duperele oraz tzw. miejsca ustronne - oczywistość. 
Z mojej strony okna wychodzą na coś, co nazwałabym dziedzińcem. Jednak sądzę, że czeskie słowo vnitroblok duże lepiej oddaje to, co tak naprawdę można zobaczyć z mojego pokoju po otwarciu okien. Czerwony obskrobany parapet, drzewa, ogród i inne kamienice.
"z rozmyślań przy śniadaniu" wyszło mi zdjęcie
widok z kuchni
Dzieci. Uwaga. "Wybiegły ze szkoły, zapaliły papierosy."
szyba w drzwiach kuchennych. "rysa na szkle"
"stoję na balkonie. mam zardzewiałe dłonie"

    W piątek dotarła do mnie przesyłka mebli z Polski - nie moich własnych, ale koleżanki, która będzie mieszkała tutaj przez kolejny rok akademicki - i pusty pokój się wypełnił. W ostatni wtorek złożyłyśmy z E. regał, stół i wieszak na ubrania. Chyba już nie ma mowy o prowizorce, ale wciąż czuć przyjemnym zapachem wolnej przestrzeni.



    Od niedawna mamy też nowego współlokatora, który nie zajmuje dużo miejsca, jest dość futrzany i bardzo przyjacielski, pomijając fakt, że czasem nie trafia do muszli klozetowej, to muszę powiedzieć, że bardzo go polubiłam. Chodzi za człowiekiem jak cień, pcha się ze swoim pluszem w każdy zakamarek mieszkania i wiecznie szuka zapomnianych resztek jedzenia na podłodze.


   Z innych ciekawostek, to np. wczoraj udało mi się całkiem legalnie przedostać do wnętrza Ambasady Polskiej w Pradze. Byłam na koncercie muzyki poważnej w ramach Other Outlooks Music Festival. Odbywał się on w sali, której sklepienie mnie po prostu urzekło. Malowidła były niewypowiedzianie brzydkie, wykonane jakby niewprawną ręką, ale odnalazłam w całości jeden niezwykle innowacyjny element - niektóre fragmenty były płaskorzeźbami. Po pewnym zastanowieniu rozgryzłam, jak została dokonana selekcja partii, prezentujących się wielowymiarowo. Artysta był najprawdopodobniej erotomanem, dodatkowo cierpiącym na fetysz stóp bądź całych nóg, ponieważ wybrane wypukłe części były z reguły albo piersiami, albo kończynami dolnymi. Podczas, gdy muzycy wykonywali utwory nowozelandzkich kompozytorów z sufitu zwisały dwie nóżki dwóch różnych cherubinów.
 
    W poprzednią sobotę z kolei pracowałam przy festiwalu "Sen nocy letniej". Na specjalnie przygotowanej, nadrzecznej scenie śpiewała m.in. Kayah. Przyszło mi przebywać w strefie VIP, gdzie z całej tej vipowskiej gromady zrekognajzowałam w zasadzie tylko Kayah i Mariusza Szczygła.

"The girl and the robot"
 
    A teraz naprawdę news. W Pradze nastała od dosłownie paru godzin prohibicja. Nie jest dozwolone handlowanie napojami z zawartością alkoholu powyżej 20%. Dotyczy to także drinków w klubach, czy pubach. Zakaz kupowania i sprzedawania alkoholi wysokoprocentowych jest wynikiem fali zatruć metanolem, jaka nastąpiła w ostatnim tygodniu w różnych częściach kraju. Do tej pory wiadomo o 19 ofiarach śmiertelnych. W mediach aż huczy. Zostałam przestrzeżona kilkukrotnie i dlatego, choć wiadomo, że bardzo lubię pić wódkę, ograniczam się tylko do piwa i wina. Czasem pozwolę sobie na zieloną herbatę z robota, ale nie wiem, czy mi nie dolewa czegoś mocniejszego, kiedy na niego nie patrzę. Jeśli jutro stracę wzrok, to już będę wiedziała na pewno, że drań chciał mnie upić, albo otruć.