piątek, 13 lipca 2012

Dzisiaj serwuję tylko przystawki świeże i wczorajsze, dodatkowo polecam aperitif.

    Zacznę może zatem od przystawek mniej świeżych - zgodnie z logiką konsumpcji.
W sobotę (7.07) wybrałam się z moją współlokatorką do Karlowych Warów na 47 Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Miałyśmy z sobą bilety tylko w jedną stronę, ponieważ okazało się, że niestety już nie starczyło dla nas powrotnych. Nie zraziłyśmy się tym jednak za specjalnie, ponieważ zdążyłyśmy już wytworzyć w naszych umysłach wspaniałą wizję nadchodzącej przygody, wywołaną spontanicznym podjęciem decyzji w przedostatni dzień festiwalu, i wydawało się, że nic nie będzie w stanie nas powstrzymać. Próbował autobus, który odjechał minutę przed czasem, albo może i my same próbowałyśmy podświadomie, bo się tę minutę spóźniłyśmy. Trudno powiedzieć, co jest bardziej prawdą a co mniej. W Karlowych Warach falę oporową dla naszej wyprawy postanowił wytworzyć jeszcze deszcz. Następnie jego rolę przejęła mnogość VIPów oraz uczestników niższego stopnia w hierarchii rozpoznawalności facjaty, którzy zmietli nam sprzed nosa bilety na wszystkie możliwe filmy. To również nas nie zraziło. Wymyśliłyśmy plan zastępczy i od razu przeszłyśmy do jego realizacji. Przemierzyłyśmy na piechotę całe to turystyczno-uzdrowiskowe  miasteczko wzdłuż i wszerz, by znaleźć miejscową galerię sztuki. Miałyśmy tam znaleźć przede wszystkim wystawę plakatu, ale szczęśliwie natrafiłyśmy na coś jeszcze i to zupełnie wyjątkowego - grafiki spod ręki Jiřího Slívy.

Jiří Slíva jest czeskim artystą, ilustratorem książek, pisarzem oraz socjologiem z wykształcenia. Jego przypadek dał mi trochę do myślenia i po raz kolejny doszłam do wniosku, że socjolog może robić wszystko, a więc również może zostać świetnym satyrykiem rysunkowym bądź malarzem z błyskotliwym poczuciem humoru [i potrafi się z tego nawet utrzymać]. Po prostu wygląda na to, że jesteśmy tak wszechstronnie uzdolnieni, że trudno jest nam się zdecydować na bycie tylko i wyłącznie socjologiem zawodowo, choć prywatnie jesteśmy nimi za pewne cały czas.


 Zamieszczam tylko kilka zdjęć prac Slívy, ale myślę, że to wystarczy, byście mogli zyskać:
- pewne wyobrażenie tego, czym zajmuje się J.S.,
- a może i nawet przeświadczenie o tym, że warto zostać socjologiem, by potem stać się rysownikiem z niebanalnymi pomysłami.
Ostatecznie udało mi się obejrzeć przez ten 1 dzień na festiwalu 1,25 filmu. Pierwszy rozpoczął się seksem starych ludzi z pomarszczonymi ciałami i rozpalonymi żądzami - hipiski i byłego więźnia. Drugi traktował o ciężkim życiu cyganów, ich wykluczeniu oraz specyficznej sytuacji, jaka miała miejsce w latach 90-tych w slumsach cygańskich gdzieś na Węgrzech. Jeden był paradokumentalny, drugi - fabularny, oba - trochę depresyjne, ale mimo wszystko ciekawe. 
Potem miałyśmy z Janą jeszcze kilka ciekawych przygód, ale to może zostawię na inny raz i może bardziej na rozmowy w 4 oczy, ewentualnie w 6 ok. Zdradzę tylko, że może w przyszłym roku sama będę w Karlowych Warach VIPem i będę za darmo oddawała ludziom wejściówki na seanse w strefie: "15 minut przed filmem".

    W poniedziałek (9.07) spotkałam się z dziewczynami z Warszawy, które odmieniły mój świat za sprawą stworzenia pretekstu do wchłonięcia pierwszego od przyjazdu  nakładanego hermelina oraz pierwszego zimnego czeskiego piwa, pitego prosto z ciężkiego kufla (dowód poniżej). Co więcej, dziewczyny przywiozły z sobą prosto z Bęca megamapę: USE-IT Prague (http://www.use-it.cz/map?city=prague), która jest teraz dla mnie po prostu nieocenionym źródłem informacji i to wprost od lokalsów. Istnieją bliźniacze wersje USE-IT dla kilku miast, m.in. dla Warszawy (wyszły już 3 edycje). Zamieszczam odsyłacz do strony dla tych zainteresowanych i jeszcze nie zaznajomionych z ideą USE-IT: http://www.use-it-warsaw.pl/
Zdobycie mapy oraz 3-dniowe towarzystwo nastawione wybitnie eksploracyjnie zaowocowało poszerzeniem mojej znajomości miejskiej strefy niekoniecznie przeznaczonej dla turystów.
Ale w ostatnim czasie również moje kubki smakowe miały co identyfikować . Może nie odkryły póki co Ameryki, ale na pewno zyskały świadomość tego, by na niektóre morza raczej się nie zapuszczać, natomiast inne należałoby jeszcze dokładniej przepłynąć. Mam tu na myśli przede wszystkim typowe dania kuchni czeskiej. Próbowałam: knedle na słodko (śliwkowe, malinowe, morelowe polane serkiem waniliowym), "szyszki" makowe, svíčkovą, utopenca, pomazankę piwną z grzankami i cebulą, knedle wypełnione wędzonym mięsem, ciasto z namaczanych bułek, podgrzewane okrągłe wafle orzechowe i kakaowe (oplatky), wspomnianego już wcześniej hermelina prosto ze słoja i sama nie wiem co jeszcze. 
Wszystko było bardzo smaczne, ale najsilniej narzucającym się wnioskiem, który wyłania mi się po tych wszystkich degustacjach oraz analizach menu, proponowanych w różnych knajporestauracjach, jest to, że w Czechach najwyraźniej warzywa wyrastają z ziemi od razu ugotowane i wymieszane z majonezem, bądź innym tłuszczem. Może tego właśnie wymaga piwo, kultura jego picia. Nie wiem. Wiem tylko, że na dłuższą metę, żywiąc się w zgodzie z tutejszym hospodowym jadłospisem, mogłabym się wykończyć i wtedy faktycznie moja karta Euro26 naprawdę by się przydała chociażby do przewiezienia moich zwłok do kraju tysiąca gatunków jabłek.

W tym tygodniu udało mi się też trafić w kilka miejsc, które zadziałały na mnie jak magnes na spinacz biurowy. Poniżej macie pewien "fotoprzekrój z bliska" punktów na mapie Pragi, do których zajrzałam na krócej bądź dłużej, a które umieściłabym w kategorii: "jeszcze tam wrócę".
Čajovna, czyli w skrócie: miejsce, gdzie można sobie posiedzieć, zrelaksować, napić się i zapalić fajkę bądź zioło.
Polévka - zupa -> polévkárna - zupodajnia, zupernia (powiedzmy, że od pl. cukiernia - cz. cukrárna).

Ouky Douky, czyli kawiarnia, antykwariat i śniadaniownia zarazem.

Mleczny bar, który jest mleczny ze względu na to, że serwują tam mleczne napoje owocowe, a bar ponieważ znajdziecie tam kontUar.
Savoy - kawiarnia, w której spotykał się F. Kafka ze swoimi kolegami, by filozofować i przemyśliwać. Miejsce to na pierwszy rzut oka może się wydawać dość napuszone, ale naprawdę warto było pójść tam i przeżyć zaskoczenie - zobaczyć na półpiętrze, schodząc w dół i kierując się, jak niby nigdy nic, w stronę toalety, prawdziwego cukiernika przy pracy, uśmiechającego się zawadiacko na Twój widok.
We wtorek natknęłam się na obiekt niezwykle ciekawy, frapujący przede wszystkim nazwą i dostojeństwem czcionki użytej na frontalnej części budynku. Sądzę, że zdjęcie będzie tutaj po prostu niezbędne, natomiast komentarz - wręcz przeciwnie.
Dorotheum znajduje się w bliskim sąsiedztwie praskiego Czeskiego Centrum. Właśnie w ostatni wtorek byłam tam na wernisażu wystawy: "Franz Kafka i Bruno Schulz – mistrzowie pogranicza". Otwarciu towarzyszył fragment przedstawienia amatorskiego teatru polskiego TrAktor. Pierwsza część odbywała się na ulicy. "Kur( )y"/ Panie Lekkich Obyczajów miały zwabić przechodniów do zajrzenia na wystawę. Jak się okazało  i bez zachęty zleciało się do Czeskiego Centrum sporo gołębi wernisażowych - kieliszki z winem i piwem zniknęły w okamgnieniu. 

Na koniec coś naprawdę świeżego, choć na mięso będziecie musieli jeszcze poczekać do kolejnego posta - wciąż poluję. Miałam wczoraj trochę ciężki dzień. W powietrzu wisiała nie tylko burza, ale i foliowe siatki. Chmury granatowiały i pęczniały, a ja jedyne co mogłam zrobić, to uzbroić się w parasol i postarać się nie pogubić pokładów mobilizacji. Niebo nieco rozjaśniło się, gdy otrzymałam informację, że dostanę 2 wejściówki do Kina Lucerna na  praską premierę "Polskiego filmu". Na spotkanie zostały zaproszone wszystkie osoby związane z realizacją filmu a między nimi i Midi Lidi. Wiadomo: radość, zwłaszcza na wspomnienie ostatniego koncertu w Cafe Kulturalna.
Teraz czas na aperitif: Maciek urodził się wczoraj o 19:45 a ciotka Dorota uczciła to podskokami nad Wełtawą; no dobra, piwem też :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz