piątek, 27 lipca 2012

Post z mięsem

    Minęło już dosyć czasu od momentu, kiedy zapowiedziałam zaserwowanie czegoś w rodzaju dania głównego. Przystawki poszły, aperitif też. Jak już wspomniałam: z warzywami w Pradze jest cienko, więc dzisiaj będzie całkowicie mięsny post. Przepraszam w tym miejscu wegetarian i wegan. Obawiam się, że ten tekst może się dla Was okazać lekko ciężkostrawny.  Podczas pierwszego tygodnia na praktykach dostałam pewien cynk: adres wyjątkowego antykwariatu. Dał mi go pan, który wyglądał na człowieka przyzwoitego i oczytanego, dlatego też jeszcze tego samego dnia skontrolowałam na mapie lokalizację i wymyśloną trasą ruszyłam z nadzieją, że uda mi się coś ciekawego złowić i to za nieduże pieniądze. Ostatecznie nie miałam zbyt wiele szczęścia w wypatrywaniu białych (z mojego punktu widzenia) kruków między półkami. Kupiłam jedynie podręcznik do gramatyki czeskiej, który już wcześniej był mi znanym, także naprawdę bez rewelacji niestety. Ale, ale po drodze szwendałam się trochę między uliczkami i w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zobaczyłam coś dziwnego za szybą wystawy sklepowej. Ogarnęło mnie lekkie wzdrygnięcie. Spojrzałam ponownie w tamtą stronę i zobaczyłam sterty surowego mięsa poukładane na pułkach jak ciastka w cukierni. Zaczęłam się przyglądać temu, co znajdowało się tuż obok mnie, na wyciągnięcie ręki, choć nienamacalne, bo wciąż odgrodzone transparentną ścianą ze szkła. Byłam skonsternowana a na mojej twarzy nieświadomie pojawił się grymas czegoś w rodzaju obrzydzenia. Wtedy zorientowałam się, że czuję na sobie czyjś wzrok. Po chwili odnalazłam 2 pary męskich oczu. Należały one do rzeźników, oprawiających w tym momencie mięso in public. Poczułam się nieco dziwnie, że to właśnie oni dosłownie przed chwilą zobaczyli i z pewnością bez trudu rozszyfrowali moją pierwszą reakcję. Przecież ten mimowolny grymas mógł być odczytany jako brak szacunku dla ich pracy... Mimo lekkiego zażenowania uśmiechnęłam się, ruszyłam z miejsca i w pośpiechu, wyciągając aparat zastanawiałam się, na co właściwie się napatoczyłam. 
Tak odnalazłam w Pradze 
The Real Meat Society.
Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć z szoku jakiego doznałam na ulicy Náplavní 5, kiedy to po kilku dniach znalazłam przypadkiem obok drukarki w instytucie stary numer Reflexu (nawiasem mówiąc jedyny jaki tutaj widziałam) z kwietnia a w środku wywiad z Paulem Dayem - ze współwłaścicielem tego samego nietypowego sklepu rzeźnickiego, na który się natknęłam w drodze do antykwariatu.
The Real Meat Society kieruje się kilkoma zasadami:
- mięso, które jest przez nich sprzedawane pochodzi ze "szczęśliwych zwierzątek", czyli takich które żyją na biofarmach ze swoimi rodzinami, piją mleko matki jak długo potrzebują i rosną tak, jak im się podoba (bez sztucznych stymulantów);
- whole animal butchery;
- the nose-to-tail eating philosophy;
- "nie" dla intensywnej hodowli zwierząt oraz niehumanitarnego przewozu żywych zwierząt.

Brzmi niby nie tak źle, ale jak czytam ich postulaty zawarte na stronie internetowej (http://www.trms.cz/), to mam nieodparte wrażenie, że cały ten wysiłek, który podejmują ma na celu w zasadzie jedno: uzyskanie jak najsmaczniejszego mięsa. Raczej nie chodzi o "walkę z systemem", przeprowadzenie rewolucji żywieniowej, systemu produkcji masowej. Co tam słońce, co tam skakanie po kałużach i tarzanie w błocie, skoro szczęśliwość takiego chociażby prosiaka, zdaje się tu być tylko pośrednim sposobem uzyskania lepszej jakości mięsa. Chcę tym powiedzieć, że wg mnie sama wizja nie jest zła, ale czuję się lekko rozczarowana  jednotorowością powziętego celu, chociaż szanuję za wysoki wskaźnik szczerości przekazu. W ten sposób jednak The Real Meat Society nie wychodzi poza sferę intensywnej walki o klienta, a może nawet staje na szczycie jej hierarchii, ponieważ okazuje się, że interes jest wysoce opłacalny. Ludzie chcą kupować mięso ze szczęśliwych zwierzątek.
Strona internetowa The Real Meat Society funkcjonuje tylko w czeskiej wersji językowej, choć Paul Day jest Brytyjczykiem, a w Pradze mieszka dopiero kilka lat. Dlatego zamieszczę jeszcze link do krótkiego tekstu po angielsku na ten temat: http://www.expats.cz/prague/article/czech-food-drink/the-real-meat-society/, gdyby ktoś chciał się sam lepiej zapoznać z ideą TRMS.

    By zintensyfikować mięsny charakter dzisiejszego posta dodam jeszcze czeski akcent muzyczno-wizualny: 
Čoko Voko - Sebevražda.

  

  Temat jatki został w Pradze wykorzystany jeszcze w inny kreatywny sposób przez Davida Černého. W 2003 otworzono tu Meet Factory - międzynarodowe centrum sztuki współczesnej. Siedziba i wszystkie akcje Meet Factory (koncerty, wystawy, sztuki teatralne, seanse filmowe, wykłady, warsztaty, spotkania z artystami) mają miejsce w budynku, co prawda nie dawnej rzeźni, a szklarni na Smíchově, ale fasada oraz nazwa silnie korespondują z rzeźnictwem.
Jeszcze tam nie byłam osobiście, ale moja wizytacja tam jest tylko kwestią czasu.



    Na koniec napiszę wzmiankę o tym, że byłam 4 dni na Letniej Szkole Filmowej w Uherským Hradišti. Nie znalazłam tam żadnego dobrego mięsa, ale dowiedziałam się co to jest blaxploitation, obejrzałam dwa nieme filmy Harolda Lloyda z muzyką na żywo, zapoznałam się z rosnącym krzaczkiem marihuany, udzieliłam wywiadu dla czeskiej telewizji, przeżyłam kolejny koncert Midi Lidi i spałam w jednym pokoju z wielkimi ślimakami (ja miałam łóżko, ślimaki - akwarium). 

    Więcej nie napiszę, bo post byłby za długi.

piątek, 13 lipca 2012

Dzisiaj serwuję tylko przystawki świeże i wczorajsze, dodatkowo polecam aperitif.

    Zacznę może zatem od przystawek mniej świeżych - zgodnie z logiką konsumpcji.
W sobotę (7.07) wybrałam się z moją współlokatorką do Karlowych Warów na 47 Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Miałyśmy z sobą bilety tylko w jedną stronę, ponieważ okazało się, że niestety już nie starczyło dla nas powrotnych. Nie zraziłyśmy się tym jednak za specjalnie, ponieważ zdążyłyśmy już wytworzyć w naszych umysłach wspaniałą wizję nadchodzącej przygody, wywołaną spontanicznym podjęciem decyzji w przedostatni dzień festiwalu, i wydawało się, że nic nie będzie w stanie nas powstrzymać. Próbował autobus, który odjechał minutę przed czasem, albo może i my same próbowałyśmy podświadomie, bo się tę minutę spóźniłyśmy. Trudno powiedzieć, co jest bardziej prawdą a co mniej. W Karlowych Warach falę oporową dla naszej wyprawy postanowił wytworzyć jeszcze deszcz. Następnie jego rolę przejęła mnogość VIPów oraz uczestników niższego stopnia w hierarchii rozpoznawalności facjaty, którzy zmietli nam sprzed nosa bilety na wszystkie możliwe filmy. To również nas nie zraziło. Wymyśliłyśmy plan zastępczy i od razu przeszłyśmy do jego realizacji. Przemierzyłyśmy na piechotę całe to turystyczno-uzdrowiskowe  miasteczko wzdłuż i wszerz, by znaleźć miejscową galerię sztuki. Miałyśmy tam znaleźć przede wszystkim wystawę plakatu, ale szczęśliwie natrafiłyśmy na coś jeszcze i to zupełnie wyjątkowego - grafiki spod ręki Jiřího Slívy.

Jiří Slíva jest czeskim artystą, ilustratorem książek, pisarzem oraz socjologiem z wykształcenia. Jego przypadek dał mi trochę do myślenia i po raz kolejny doszłam do wniosku, że socjolog może robić wszystko, a więc również może zostać świetnym satyrykiem rysunkowym bądź malarzem z błyskotliwym poczuciem humoru [i potrafi się z tego nawet utrzymać]. Po prostu wygląda na to, że jesteśmy tak wszechstronnie uzdolnieni, że trudno jest nam się zdecydować na bycie tylko i wyłącznie socjologiem zawodowo, choć prywatnie jesteśmy nimi za pewne cały czas.


 Zamieszczam tylko kilka zdjęć prac Slívy, ale myślę, że to wystarczy, byście mogli zyskać:
- pewne wyobrażenie tego, czym zajmuje się J.S.,
- a może i nawet przeświadczenie o tym, że warto zostać socjologiem, by potem stać się rysownikiem z niebanalnymi pomysłami.
Ostatecznie udało mi się obejrzeć przez ten 1 dzień na festiwalu 1,25 filmu. Pierwszy rozpoczął się seksem starych ludzi z pomarszczonymi ciałami i rozpalonymi żądzami - hipiski i byłego więźnia. Drugi traktował o ciężkim życiu cyganów, ich wykluczeniu oraz specyficznej sytuacji, jaka miała miejsce w latach 90-tych w slumsach cygańskich gdzieś na Węgrzech. Jeden był paradokumentalny, drugi - fabularny, oba - trochę depresyjne, ale mimo wszystko ciekawe. 
Potem miałyśmy z Janą jeszcze kilka ciekawych przygód, ale to może zostawię na inny raz i może bardziej na rozmowy w 4 oczy, ewentualnie w 6 ok. Zdradzę tylko, że może w przyszłym roku sama będę w Karlowych Warach VIPem i będę za darmo oddawała ludziom wejściówki na seanse w strefie: "15 minut przed filmem".

    W poniedziałek (9.07) spotkałam się z dziewczynami z Warszawy, które odmieniły mój świat za sprawą stworzenia pretekstu do wchłonięcia pierwszego od przyjazdu  nakładanego hermelina oraz pierwszego zimnego czeskiego piwa, pitego prosto z ciężkiego kufla (dowód poniżej). Co więcej, dziewczyny przywiozły z sobą prosto z Bęca megamapę: USE-IT Prague (http://www.use-it.cz/map?city=prague), która jest teraz dla mnie po prostu nieocenionym źródłem informacji i to wprost od lokalsów. Istnieją bliźniacze wersje USE-IT dla kilku miast, m.in. dla Warszawy (wyszły już 3 edycje). Zamieszczam odsyłacz do strony dla tych zainteresowanych i jeszcze nie zaznajomionych z ideą USE-IT: http://www.use-it-warsaw.pl/
Zdobycie mapy oraz 3-dniowe towarzystwo nastawione wybitnie eksploracyjnie zaowocowało poszerzeniem mojej znajomości miejskiej strefy niekoniecznie przeznaczonej dla turystów.
Ale w ostatnim czasie również moje kubki smakowe miały co identyfikować . Może nie odkryły póki co Ameryki, ale na pewno zyskały świadomość tego, by na niektóre morza raczej się nie zapuszczać, natomiast inne należałoby jeszcze dokładniej przepłynąć. Mam tu na myśli przede wszystkim typowe dania kuchni czeskiej. Próbowałam: knedle na słodko (śliwkowe, malinowe, morelowe polane serkiem waniliowym), "szyszki" makowe, svíčkovą, utopenca, pomazankę piwną z grzankami i cebulą, knedle wypełnione wędzonym mięsem, ciasto z namaczanych bułek, podgrzewane okrągłe wafle orzechowe i kakaowe (oplatky), wspomnianego już wcześniej hermelina prosto ze słoja i sama nie wiem co jeszcze. 
Wszystko było bardzo smaczne, ale najsilniej narzucającym się wnioskiem, który wyłania mi się po tych wszystkich degustacjach oraz analizach menu, proponowanych w różnych knajporestauracjach, jest to, że w Czechach najwyraźniej warzywa wyrastają z ziemi od razu ugotowane i wymieszane z majonezem, bądź innym tłuszczem. Może tego właśnie wymaga piwo, kultura jego picia. Nie wiem. Wiem tylko, że na dłuższą metę, żywiąc się w zgodzie z tutejszym hospodowym jadłospisem, mogłabym się wykończyć i wtedy faktycznie moja karta Euro26 naprawdę by się przydała chociażby do przewiezienia moich zwłok do kraju tysiąca gatunków jabłek.

W tym tygodniu udało mi się też trafić w kilka miejsc, które zadziałały na mnie jak magnes na spinacz biurowy. Poniżej macie pewien "fotoprzekrój z bliska" punktów na mapie Pragi, do których zajrzałam na krócej bądź dłużej, a które umieściłabym w kategorii: "jeszcze tam wrócę".
Čajovna, czyli w skrócie: miejsce, gdzie można sobie posiedzieć, zrelaksować, napić się i zapalić fajkę bądź zioło.
Polévka - zupa -> polévkárna - zupodajnia, zupernia (powiedzmy, że od pl. cukiernia - cz. cukrárna).

Ouky Douky, czyli kawiarnia, antykwariat i śniadaniownia zarazem.

Mleczny bar, który jest mleczny ze względu na to, że serwują tam mleczne napoje owocowe, a bar ponieważ znajdziecie tam kontUar.
Savoy - kawiarnia, w której spotykał się F. Kafka ze swoimi kolegami, by filozofować i przemyśliwać. Miejsce to na pierwszy rzut oka może się wydawać dość napuszone, ale naprawdę warto było pójść tam i przeżyć zaskoczenie - zobaczyć na półpiętrze, schodząc w dół i kierując się, jak niby nigdy nic, w stronę toalety, prawdziwego cukiernika przy pracy, uśmiechającego się zawadiacko na Twój widok.
We wtorek natknęłam się na obiekt niezwykle ciekawy, frapujący przede wszystkim nazwą i dostojeństwem czcionki użytej na frontalnej części budynku. Sądzę, że zdjęcie będzie tutaj po prostu niezbędne, natomiast komentarz - wręcz przeciwnie.
Dorotheum znajduje się w bliskim sąsiedztwie praskiego Czeskiego Centrum. Właśnie w ostatni wtorek byłam tam na wernisażu wystawy: "Franz Kafka i Bruno Schulz – mistrzowie pogranicza". Otwarciu towarzyszył fragment przedstawienia amatorskiego teatru polskiego TrAktor. Pierwsza część odbywała się na ulicy. "Kur( )y"/ Panie Lekkich Obyczajów miały zwabić przechodniów do zajrzenia na wystawę. Jak się okazało  i bez zachęty zleciało się do Czeskiego Centrum sporo gołębi wernisażowych - kieliszki z winem i piwem zniknęły w okamgnieniu. 

Na koniec coś naprawdę świeżego, choć na mięso będziecie musieli jeszcze poczekać do kolejnego posta - wciąż poluję. Miałam wczoraj trochę ciężki dzień. W powietrzu wisiała nie tylko burza, ale i foliowe siatki. Chmury granatowiały i pęczniały, a ja jedyne co mogłam zrobić, to uzbroić się w parasol i postarać się nie pogubić pokładów mobilizacji. Niebo nieco rozjaśniło się, gdy otrzymałam informację, że dostanę 2 wejściówki do Kina Lucerna na  praską premierę "Polskiego filmu". Na spotkanie zostały zaproszone wszystkie osoby związane z realizacją filmu a między nimi i Midi Lidi. Wiadomo: radość, zwłaszcza na wspomnienie ostatniego koncertu w Cafe Kulturalna.
Teraz czas na aperitif: Maciek urodził się wczoraj o 19:45 a ciotka Dorota uczciła to podskokami nad Wełtawą; no dobra, piwem też :)


czwartek, 5 lipca 2012

Pusta, pełna, pełna do połowy, połowicznie pusta

  Widzimy pierwszy post. Zawartość jego treści jest nam na razie bliżej nieznana. Nie zrażamy się jednak i brniemy dalej, bo niespodziewanie po prawej stronie [właśnie czytanego] tekstu wyłania się zdjęcie. Co tam widać [delikatnie rzecz ujmując: kurza stopa]?
[Nie, to nie może być kurza stopa.] Choć trudno jest się doliczyć kończyn, to zdecydowanie można pokusić się o stwierdzenie, że są to elementy ludzkiego ciała. Mamy tutaj ewidentnie odnóża i dłoń.
Dla rozwiania wątpliwości napiszę zatem, że są to stopy moje i w tym miejscu mają one symbolizować moją ewidentną obecność na nowym gruncie. Przez najbliższe 3 miesiące moja noga postanie w Pradze a stopy będą badać czeskie podłoże. Kiedy dodam do tego jeszcze oczy, uszy oraz kubki smakowe, to okaże się, że jestem całkiem nieźle przygotowana do pełnowymiarowej eksploracji. Postępy oraz nie postępy, a może nawet i cofnięcia w moim przedsięwzięciu będziecie mogli śledzić mniej lub bardziej na bieżąco tutaj właśnie.

To było tytułem wstępu. Przejdę teraz do tematu szklanki oraz do tego, że żyję.
Odkąd jestem w Pradze widzę swój wyjazd z różnych perspektyw, tak jak jest to możliwe przy patrzeniu na szklankę częściowo wypełnioną wodą/wódką (czym sobie tylko życzycie) w zależności od tego, czy jest się optymistą, czy też pesymistą. Czasem mi się wydaje, że: jej, ale tej wody tam jest! Napiję się i jeszcze zostanie mi na później, bo przecież nie zdołam połknąć wszystkiego na raz; albo nie! lepiej wezmę w tej wodzie kąpiel. Oznacza to mniej więcej tyle, że: Instytut jest piękny architektonicznie, mieszkam 5 stacji metra od Rynku Starego Miasta, dostaję wizytówki od różnych ciekawych osób, mam balkon z widokiem na Pragę, wszędzie jest zielono a antykwariaty są pełne czeskich książek.
Bywało jednak i tak, że widziałam szklankę nie całkiem pełną - wszędzie w centrum są turyści, co wpływa dramatycznie m.in. na ceny różnych produktów, poza tym jest okropnie gorąco, warzyw w sklepach należy szukać z lupą, a ja mieszam języki. Choć tak naprawdę podsumowując, to jest to tylko drobiazg. :)
Zdarzyło mi się raz, że zobaczyłam szklankę w zasadzie prawie pustą / wypełnioną ciepłą wódką w sytuacji, gdy bardzo chce się pić - efekt grozy byłby ten sam. Było to w niedzielę, kiedy z wielkim wysiłkiem, obładowana tobołami pokonałam dystans z dworca pod dom, w którym wynajmuję pokój. Zadzwoniłam 3 razy przez domofon pod wskazany adres, lecz nikt nie odpowiadał. Przez głowę przemknęły mi różne scenariusze. Napisałam też sms'a, jednakże nikt nie odpisywał. W zasadzie myślałam już, że chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wycofać się i szukać hostelu (zwłaszcza, że było po 19:00), ale najpierw przez moment zobaczyłam prawdziwy mrok Mordoru. Wtedy się ocknęłam, bo z klatki wyszła młoda dziewczyna i zapytała: "Dorota?" Ja pokiwałam głową i szybko starałam się zapomnieć o  tym, co zobaczyłam oczami duszy, ponieważ odniosłam wrażenie, że Katka doskonale potrafiła wszystko to odnaleźć w wyrazie mojej twarzy.
Wieczorem szklanka jednak znowu się napełniła - tym razem winem, bo razem z Janą (drugą współlokatorką) usiadłyśmy na kocu na balkonie i obserwowałyśmy wielką ulewę z padającymi zewsząd piorunami. W zasadzie lepszego powitania nie mogłam sobie wyobrazić. Fanfary to już przeszłość, od dzisiaj życzę sobie tylko piorunów.

Na koniec dział ciekawostek - życie na gorąco:
- nauczyłam się profesjonalnie przełączać rozmowy telefoniczne;
- mam postanowienie jak najszybszego pozbycia się mapy w sytuacjach publicznych, mimo iż jest ona bardzo pomocna, ponieważ równie dobrze mogłabym mieć wytatuowane na czole: "I'm turist. Just turist. Nice to meet you." i shaking hands -> a tymczasem traci się torebkę bądź inne cenne dobra. Stąd poważnie myślę nad noszeniem ze sobą tylko i wyłącznie zła :) ;
- czasem niespodziewanie niektórzy Czesi okazują się być Słowakami,
a mili starsi panowie, mówiący płynnie po polsku czeskimi tłumaczami przysięgłymi 4 języków;
- mam teraz dwa dni wolne dzięki Janowi Husowi oraz Cyrylowi i Metodemu - dzięki chłopcy!;
- mój pierwszy obiad w nowym mieszkaniu okazał się pachnieć na tyle smakowicie, że następnego dnia moja współlokatorka wróciła do domu ze wszystkimi produktami potrzebnymi do jego przyrządzenia i  z zapytaniem, jak to zrobić :).

Sądzę, że tyle wystarczy na dzisiaj. Zamieszczę jeszcze tylko kilka zdjęć i finito. Kolejny post będzie z mięsem. Interpretujcie to jak chcecie. Prace nad materiałem trwają.




Frędzle, tektura, trochę kabla i tynku - produkty na obiad. Zgłoszenia po dokładny przepis na priv.