Minęło już dosyć czasu od momentu, kiedy zapowiedziałam zaserwowanie czegoś w rodzaju dania głównego. Przystawki poszły, aperitif też. Jak już wspomniałam: z warzywami w Pradze jest cienko, więc dzisiaj będzie całkowicie mięsny post. Przepraszam w tym miejscu wegetarian i wegan. Obawiam się, że ten tekst może się dla Was okazać lekko ciężkostrawny. Podczas pierwszego tygodnia na praktykach dostałam pewien cynk: adres wyjątkowego antykwariatu. Dał mi go pan, który wyglądał na człowieka przyzwoitego i oczytanego, dlatego też jeszcze tego samego dnia skontrolowałam na mapie lokalizację i wymyśloną trasą ruszyłam z nadzieją, że uda mi się coś ciekawego złowić i to za nieduże pieniądze. Ostatecznie nie miałam zbyt wiele szczęścia w wypatrywaniu białych (z mojego punktu widzenia) kruków między półkami. Kupiłam jedynie podręcznik do gramatyki czeskiej, który już wcześniej był mi znanym, także naprawdę bez rewelacji niestety. Ale, ale po drodze szwendałam się trochę między uliczkami i w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zobaczyłam coś dziwnego za szybą wystawy sklepowej. Ogarnęło mnie lekkie wzdrygnięcie. Spojrzałam ponownie w tamtą stronę i zobaczyłam sterty surowego mięsa poukładane na pułkach jak ciastka w cukierni. Zaczęłam się przyglądać temu, co znajdowało się tuż obok mnie, na wyciągnięcie ręki, choć nienamacalne, bo wciąż odgrodzone transparentną ścianą ze szkła. Byłam skonsternowana a na mojej twarzy nieświadomie pojawił się grymas czegoś w rodzaju obrzydzenia. Wtedy zorientowałam się, że czuję na sobie czyjś wzrok. Po chwili odnalazłam 2 pary męskich oczu. Należały one do rzeźników, oprawiających w tym momencie mięso in public. Poczułam się nieco dziwnie, że to właśnie oni dosłownie przed chwilą zobaczyli i z pewnością bez trudu rozszyfrowali moją pierwszą reakcję. Przecież ten mimowolny grymas mógł być odczytany jako brak szacunku dla ich pracy... Mimo lekkiego zażenowania uśmiechnęłam się, ruszyłam z miejsca i w pośpiechu, wyciągając aparat zastanawiałam się, na co właściwie się napatoczyłam.
Tak odnalazłam w Pradze
The Real Meat Society.
Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć z szoku jakiego doznałam na ulicy Náplavní 5, kiedy to po kilku dniach znalazłam przypadkiem obok drukarki w instytucie stary numer Reflexu (nawiasem mówiąc jedyny jaki tutaj widziałam) z kwietnia a w środku wywiad z Paulem Dayem - ze współwłaścicielem tego samego nietypowego sklepu rzeźnickiego, na który się natknęłam w drodze do antykwariatu.
The Real Meat Society kieruje się kilkoma zasadami:
- mięso, które jest przez nich sprzedawane pochodzi ze "szczęśliwych zwierzątek", czyli takich które żyją na biofarmach ze swoimi rodzinami, piją mleko matki jak długo potrzebują i rosną tak, jak im się podoba (bez sztucznych stymulantów);
- whole animal butchery;
- the nose-to-tail eating philosophy;
- "nie" dla intensywnej hodowli zwierząt oraz niehumanitarnego przewozu żywych zwierząt.
Brzmi niby nie tak źle, ale jak czytam ich postulaty zawarte na stronie internetowej (http://www.trms.cz/), to mam nieodparte wrażenie, że cały ten wysiłek, który podejmują ma na celu w zasadzie jedno: uzyskanie jak najsmaczniejszego mięsa. Raczej nie chodzi o "walkę z systemem", przeprowadzenie rewolucji żywieniowej, systemu produkcji masowej. Co tam słońce, co tam skakanie po kałużach i tarzanie w błocie, skoro szczęśliwość takiego chociażby prosiaka, zdaje się tu być tylko pośrednim sposobem uzyskania lepszej jakości mięsa. Chcę tym powiedzieć, że wg mnie sama wizja nie jest zła, ale czuję się lekko rozczarowana jednotorowością powziętego celu, chociaż szanuję za wysoki wskaźnik szczerości przekazu. W ten sposób jednak The Real Meat Society nie wychodzi poza sferę intensywnej walki o klienta, a może nawet staje na szczycie jej hierarchii, ponieważ okazuje się, że interes jest wysoce opłacalny. Ludzie chcą kupować mięso ze szczęśliwych zwierzątek.
Strona internetowa The Real Meat Society funkcjonuje tylko w czeskiej wersji językowej, choć Paul Day jest Brytyjczykiem, a w Pradze mieszka dopiero kilka lat. Dlatego zamieszczę jeszcze link do krótkiego tekstu po angielsku na ten temat: http://www.expats.cz/prague/article/czech-food-drink/the-real-meat-society/, gdyby ktoś chciał się sam lepiej zapoznać z ideą TRMS.
By zintensyfikować mięsny charakter dzisiejszego posta dodam jeszcze czeski akcent muzyczno-wizualny:
Čoko Voko - Sebevražda.
Temat jatki został w Pradze wykorzystany jeszcze w inny kreatywny sposób przez Davida Černého. W 2003 otworzono tu Meet Factory - międzynarodowe centrum sztuki współczesnej. Siedziba i wszystkie akcje Meet Factory (koncerty, wystawy, sztuki teatralne, seanse filmowe, wykłady, warsztaty, spotkania z artystami) mają miejsce w budynku, co prawda nie dawnej rzeźni, a szklarni na Smíchově, ale fasada oraz nazwa silnie korespondują z rzeźnictwem.
Jeszcze tam nie byłam osobiście, ale moja wizytacja tam jest tylko kwestią czasu.

Na koniec napiszę wzmiankę o tym, że byłam 4 dni na Letniej Szkole Filmowej w Uherským Hradišti. Nie znalazłam tam żadnego dobrego mięsa, ale dowiedziałam się co to jest blaxploitation, obejrzałam dwa nieme filmy Harolda Lloyda z muzyką na żywo, zapoznałam się z rosnącym krzaczkiem marihuany, udzieliłam wywiadu dla czeskiej telewizji, przeżyłam kolejny koncert Midi Lidi i spałam w jednym pokoju z wielkimi ślimakami (ja miałam łóżko, ślimaki - akwarium).
Więcej nie napiszę, bo post byłby za długi.








